Śnieg.
Śnieg przynosi mi spokój. Otula świat ciszą. Wygłusza dźwięki, łagodzi krawędzie, ujednolica krajobraz. Najbardziej lubię gdy padają takie duże płatki. Wtedy mam wrażenie, że ktoś uruchomił na świecie opcję "wycisz". I mentalnie bardzo mnie to wycisza. Tak, wiem... nieodśnieżone drogi i chodniki, błoto pośniegowe bla bla... Ale jak tak sypie, jak przykrywa to koi moje serce. I w ostatnie dni ukoił moje serce. Nie tylko śnieg, ale najpierw on. W pracy czas podsumowań. I się zaczęło... ucisk w żołądku, pisanie samooceny, brak zadowolenia z siebie. Poczucie zmarnowanych szans, robienia wszystkiego źle. Bycie złym psychologiem. Meh meh meh. Źle mi ze sobą było. Co głupie. Na 4 miesiące pracy tych aktywności troszkę się uzbierało. No ale przecież ja nigdy nie czuję się wystarczająco dobra... Ale spadł śnieg. Troszkę mnie wyciszył. A później był wyjazd na weekend. Jechałam tam bardzo smutna. Bardzo. Przytłoczona ciężarem swojego egoizmu, braku samozadowolenia. Po drodze zaczął...