Upadek.

Beznadziejnie jest być przeziębioną. Beznadziejnie. Zawsze. Ale na początku roku szczególnie ciężko. Szczególnie jak się ma silnego crusha (zauroczenie?! chujowe słowo) na faceta, na którego crusha nie powinno się mieć. Ale hej! To zawsze działa w ten sposób, więc bez spiny. Trochę jednak spina jest, a ja nie mam jak tego rozbiegać bo jestem przeziębiona na całego. A gdzieś tam w sobie mam na tyle rozsądku (he he) żeby nie chcieć zapalenia płuc.

To nie jest miłość.
To jest trawnik u sąsiada - bardziej zielony i soczysty.
To jest niespełniona fantazja, która chodzi za mną od liceum
To ta beztroska spotkań związana z brakiem trudnych spraw między nami.
To lęk przed pierwszym dotykiem.
To pragnienie pierwszego pocałunku.
To marzenie, żeby przekroczyć granicę.
To złamane serce, które mam ambicje poskładać do kupy.

Otworzę "Przytułek dla wszystkich przeoranych przez życie im. świętej Matki Beatki" i będę się tam emocjonalnie rozwalać na kawałki dla wszystkich, którzy cierpią, a którzy nie chcą mnie ani mojej pomocy. Plan na życie!
Bałam się pracy. Że będę się angażować, nie spać po nocach i w swoim prywatnym życiu będę chciała znaleźć miejsce dla tych, którzy przychodzą do mojego gabinetu. Ale nie. Czasem, owszem. Coś mi się śni, coś mi chodzi po głowie przy odkurzaniu czy myciu naczyń. Ale bardziej na zasadzie zadania do rozwiązania, niż emocjonalnego przywiązania do tematu. Ale ludzie, których znam, dobrze znam...
Aj... Pani psycholog, jakie tu brzydkie mechanizmy się uruchamiają, jakie to nieprofesjonalne aj aj aj. Była Pani bardzo niegrzeczna...

Wracając do przeziębienia. Chciałam wystartować w tym roku z kopyta. Bez zbędnego pitu pitu i wymówek. To leżę w łóżku ile mogę, żeby nie dostać gorączki i jakoś dopracować ten tydzień. Jestem osobą, która uważa, że jednak życie mamy w swoich rękach - a jednak mam poczucie, że moje ręce nie potrafią trzymać. Więcej. Moje ręce nie mają wiary, że mogę coś utrzymać. Może poza kubkiem z herbatą. I teraz będzie wstawka o moim tacie. Bosh, naprawdę jestem nieznośna w tym roku.

O moim tacie można godzinami. Że cham. Że pijak. Że chyba zdradzał mamę. Że dużo gada, mało robi. Że ocenia ludzi. Że w tym wszystkim to jednak jakiś wzór faceta w moim życiu. Że rodzina jest dla niego ważna, że nigdy nam niczego nie odmawia i za nami skoczył by w ogień. Ale to co najbardziej w nim lubię, to fakt, że jest z siebie zadowolony w pewnych obszarach. Tego po nim nie odziedziczyłam. Dostałam za to wybuchowy temperament i pękające naczynka - meh.
Do rzeczy. Mój tata z autentyczną dumą mówi "Mam wspaniałą rodzinę, dom i przyjaciół. Zdrowie też jako tako jeszcze służy. Mnie już naprawdę więcej w życiu nic nie jest potrzebne". On jest dumny, szczęśliwy, zadowolony. Odwrotnie niż ja. Ja nigdy, w żadnym obszarze nie czułam się WYSTARCZAJĄCO DOBRA. Dżizas. Ale tak jest.

I chyba dlatego tak głupio szukam potwierdzenia z zewnątrz. Że jestem ok. Że można mnie lubić. Że mogę się podobać. Że jestem inteligentna. Wciąż i wciąż. W kółko. Goniąc swój ogon. Biegając za swoimi demonami. Prosząc o jeszcze jeden cios w splot słoneczny.

Jaki chaos. Prosto z mojej głowy. Zdecydowanie mam słabszy czas.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pomieszanie z poplątaniem

zanikanie