Śnieg.
Śnieg przynosi mi spokój. Otula świat ciszą. Wygłusza dźwięki, łagodzi krawędzie, ujednolica krajobraz. Najbardziej lubię gdy padają takie duże płatki. Wtedy mam wrażenie, że ktoś uruchomił na świecie opcję "wycisz". I mentalnie bardzo mnie to wycisza. Tak, wiem... nieodśnieżone drogi i chodniki, błoto pośniegowe bla bla... Ale jak tak sypie, jak przykrywa to koi moje serce.
I w ostatnie dni ukoił moje serce. Nie tylko śnieg, ale najpierw on.
W pracy czas podsumowań. I się zaczęło... ucisk w żołądku, pisanie samooceny, brak zadowolenia z siebie. Poczucie zmarnowanych szans, robienia wszystkiego źle. Bycie złym psychologiem. Meh meh meh. Źle mi ze sobą było. Co głupie. Na 4 miesiące pracy tych aktywności troszkę się uzbierało. No ale przecież ja nigdy nie czuję się wystarczająco dobra...
Ale spadł śnieg. Troszkę mnie wyciszył. A później był wyjazd na weekend. Jechałam tam bardzo smutna. Bardzo. Przytłoczona ciężarem swojego egoizmu, braku samozadowolenia. Po drodze zaczął koić mnie widok. Zachód słońca w mroźny słoneczny dzień, jeziora, góry. Znane widoki, które mówią zawsze jedno "jedziesz oczyścić głowę". A później zaczęły się rekolekcje. Wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsca. Godziny rozmów. Godziny utwierdzania się w tym, że to wszystko to nie przypadek. Że jest miłość. Że zmierzamy w jedną stronę - razem. Że naprawdę tego chcemy. Spokój. Modlitwa. Spacery. Łzy wzruszenia i śmiech do łez. Spojrzenia w oczy, szukanie swoich dłoni, miliny buziaków. Wreszcie czas dla siebie. Bez wiedzy czym żyje rozpędzony świat. Ucieczka do wolności.
Powrót nie był aż taki bolesny. To było jak powolne wyłanianie się z wody. Z uśmiechem, w promienie uśmiechu najbliższych. Coś się poukładało, coś wyciszyło. I przyszła wiadomość - WOŚP. A dziś druga, straszniejsza. I znowu gonitwa myśli. Lęk przed tym, że może nie ma dobra na świecie, że tak walka jest bez sensu. Że zło zwycięża a z nami jest jak w Śpiącej Królewnie Disneya. Żyjemy "wierząc z dziecięcą naiwnością, że miłość może zwalczyć zło."
A później, jak śnieg, pojawiły się zdjęcia z protestów w całej Polsce. Z protestów przeciwko agresji, przemocy, nienawiści. Milcząca obecność. Jedność. Refleksja. I suma, która została zebrana.
Serca zostały zranione, ale nie przestały bić. Ta walka codziennie ma sens. Trzeba w to wierzyć, bo czarownica zginęła, a my musimy mieć siłę do wstawania każdego dnia.
Dzisiaj znowu padał śnieg.
I w ostatnie dni ukoił moje serce. Nie tylko śnieg, ale najpierw on.
W pracy czas podsumowań. I się zaczęło... ucisk w żołądku, pisanie samooceny, brak zadowolenia z siebie. Poczucie zmarnowanych szans, robienia wszystkiego źle. Bycie złym psychologiem. Meh meh meh. Źle mi ze sobą było. Co głupie. Na 4 miesiące pracy tych aktywności troszkę się uzbierało. No ale przecież ja nigdy nie czuję się wystarczająco dobra...
Ale spadł śnieg. Troszkę mnie wyciszył. A później był wyjazd na weekend. Jechałam tam bardzo smutna. Bardzo. Przytłoczona ciężarem swojego egoizmu, braku samozadowolenia. Po drodze zaczął koić mnie widok. Zachód słońca w mroźny słoneczny dzień, jeziora, góry. Znane widoki, które mówią zawsze jedno "jedziesz oczyścić głowę". A później zaczęły się rekolekcje. Wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsca. Godziny rozmów. Godziny utwierdzania się w tym, że to wszystko to nie przypadek. Że jest miłość. Że zmierzamy w jedną stronę - razem. Że naprawdę tego chcemy. Spokój. Modlitwa. Spacery. Łzy wzruszenia i śmiech do łez. Spojrzenia w oczy, szukanie swoich dłoni, miliny buziaków. Wreszcie czas dla siebie. Bez wiedzy czym żyje rozpędzony świat. Ucieczka do wolności.
Powrót nie był aż taki bolesny. To było jak powolne wyłanianie się z wody. Z uśmiechem, w promienie uśmiechu najbliższych. Coś się poukładało, coś wyciszyło. I przyszła wiadomość - WOŚP. A dziś druga, straszniejsza. I znowu gonitwa myśli. Lęk przed tym, że może nie ma dobra na świecie, że tak walka jest bez sensu. Że zło zwycięża a z nami jest jak w Śpiącej Królewnie Disneya. Żyjemy "wierząc z dziecięcą naiwnością, że miłość może zwalczyć zło."
A później, jak śnieg, pojawiły się zdjęcia z protestów w całej Polsce. Z protestów przeciwko agresji, przemocy, nienawiści. Milcząca obecność. Jedność. Refleksja. I suma, która została zebrana.
Serca zostały zranione, ale nie przestały bić. Ta walka codziennie ma sens. Trzeba w to wierzyć, bo czarownica zginęła, a my musimy mieć siłę do wstawania każdego dnia.
Dzisiaj znowu padał śnieg.
Komentarze
Prześlij komentarz