Ostatnio pisałam tutaj 25 stycznia. Ale nie dodałam tego postu. Może szkoda, bo pisałam, że jestem z siebie zadowolona. I pisałam dlaczego.

Dziś jestem jakby mniej zadowolona. Dziś jestem chodzącym bólem. 177 cm i 57 kg bólu. Wymiotowaliście kiedyś w pracy? Pracując w szkole? Z bólu?! Nosz kur... Ale ja w sumie nie o tym.

Jestem na takim etapie swojego życia, że życzyłabym sobie aby nie dotyczyły mnie już te wszystkie dramy rodem z telenoweli brazylijskiej. Ale jest przeciwnie. Delikatnie mówiąc, czuję się niekomfortowo. Jestem zażenowana. Nie samymi konfliktami, tylko ich powodami. Myślałam, że obgadywanie koleżanek i różne dziwne akcje podjazdowe są super w podstawówce, ale później jednak się z tego wyrasta. A tutaj nie... Na poprzednim blogu takim głównym hasłem większości postów było "IGNORANCJA TO SIŁA". Ale okazuje się, że głupota niektórych ludzi przebija się przez moją ignorancję. No dziwnie.
A ja wierzę jednak, że karma wraca. I nie lubię tego jadu, który niektórzy sączą w moją stronę. Nie ukrywam, bywa że sama zaczynam jadem pluć. Agresja rodzi agresje

Myślę też, że może jednak jestem sobie winna. Widzę jak pewne rzeczy źle interpretuje. Jak oddaje ludziom serce. By mogli sobie po nim podeptać. Kolejny raz. W błogiej nieświadomości.
Bosh... może to tylko hormony, może to minie razem z okresem... dojrzewania? oops, I did it again.
I think I did it again
I made me believe we're at least friends...
Czy jak to tam Brydzia śpiewała.
Jak już się tak żalę. Zostałam nazwaną "jedyną przyjaciółką" przez osobę, która 3 dni wcześniej opowiadała o tym jaka jestem beznadziejna. Ideolo co?
Ogólnie to widzę, że koncert "Artyści przeciw nienawiści" gówno dał. Szokens. Przecież byli bracia Golec... Jak to się mogło stać?

A na koniec historia o tym, dlaczego płakałam w McDonaldzie (Nie, nie na biednymi zwierzątkami, bo nie wierzę w zwartość mięsa w zestawach żywieniowych tego miejsca).
Kraków. Piękna, słoneczna niedziela. Wypas. Rynek. Floriańska. Obiadek w Maczku. Ideolo. Tak trzeba żyć. Tyć. No ten. W każdym razie.
Jako Janusz Maka poszłam zająć miejsce do siedzenia podczas gdy mój luby polował na mamuta dla nas. Coś tam przeglądałam w telefonie. Cisza, spokój, leniwe popołudnie. Do środka wchodzi bezdomny. Jaki bezdomny jest, każdy wie. Ale ten pan całkiem czysty, nie śmierdzący, trzeźwy. Widać głodny. Przechodził między stolikami jak wystraszone zwierzę, mając nadzieję, że ktoś czegoś nie dojadł i był na tyle leniwy żeby zostawić to na stoliku. Nie udało się. Usiadł w kąciku i czekał na swoją szansę.
Przybyło nasze jedzenie. Mówię, mój Luby, pan jest głodny, ja nie zjem tyle, daj mu jedną moją kanapkę. Pan wdzięczny, szczęśliwy, pałaszuje.
Zapomniałam. Obok nas usiadła rodzinka, rodzinka plus dwoje potomstwa. Cała czwórka w telefonach - nie warto rozmawiać, nie ma co się oszukiwać. No i mamunia nagle woła kogoś z obsługi i prosi o coś oburzona. Za chwilę wpada dwóch panów z rękawiczkami na rękach i krzyczy na bezdomnego. Facet... bosh. Zobaczyć człowieka koło 60tki, który ucieka z Maka w miną zaszczutego psa, potykając się o własne nogi... coś we mnie pękło. Ta dehumanizacja. Naprawdę. Tego nie da się opisać. Jedyne co zdążyłam wykrzyczeć zanim wybuchnęłam płaczem było "jakim prawem!".
Ja wiem. Ja naprawdę wiem, jak bywa z bezdomnymi. Ale ten pan naprawdę nikomu nie przeszkadzał. Nie śmierdział. Nie zaczepiał. Próbował być niewidzialny. I to jak ktoś, jak widać już dawno temu, odebrał mu godność bycia człowiekiem. Nie radzę sobie z tym nadal...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Upadek.

Pomieszanie z poplątaniem

zanikanie