Pomieszanie z poplątaniem

Byłam u ginekologa. Wreszcie. Bo już byłam 100% pewna, że mam raka. Wiadomka... I nawet mój ginekolog potwierdza, że mam jakąś biologicznie zaprogramowaną skłonność do sprawiania sobie więcej bólu niż jest to koniecznie potrzebne. Lekarz miał na myśli, że podczas okresu mój (jakże genialny) organizm wysyła do układu nerwowego bodźce o dużo silniejszym bólu, nie jest on faktycznie. "Taka moja uroda".

Mam poczucie, że ta nadinterpretacja bólu nie ogranicza się tylko do menstruacji. Te słowa otworzyły we mnie pewne klapki, które wydawały się zamknięte. I tak oto karuzela śmiechu zaczyna się od nowa... Znowu jestem brzydka, głupia i nie warta uwagi. Znowu grunt ucieka mi spod nóg. Znów jest za mało tlenu w powietrzu.

Pamiętam jak mając 16 lat usłyszałam od koleżanki, która mi mega imponowała- "słuchaj, świat nie kręci się w okół Ciebie. Ludzie nie żyją po to, aby każdy gest kierować przeciwko Tobie". Przyznam, że to było dla mnie przełomowe odkrycie. Naprawdę, coś tam wtedy zaskoczyło w trybikach. Ta dziewczyna nie wie, że to miało dla mnie moc terapeutyczną. A może po prostu dojrzewanie miało taką moc ? Mimo wszystko, czasem budzi się we mnie głos gówniary, który pyta "Ale czemu mnie nie lubi? Czemu mnie nie kocha? Czemu nie jestem sexy?" Itd itp. Do znudzenia i porzygu. I wtedy uciekam w fantazje. Od zawsze. I od zawsze mnie martwią. Ale od niedawna jeżdżę autem i od niedawna boję się czy podczas ostatniej jazdy na jednorożcu nie pokonałam skrzyżowania na czerwonym zabijając dziecko i staruszkę... 

O czym te fantazje? O tym że staje się cud i jestem piękna. Mam wspaniałą figurę. Mój mózg jest ostry jak brzytwa. A wola walki i zawziętość pomagają mi osiąganiu wyżyn w swojej pracy zawodowej na rzecz dobra ludzkości. Brzmi to chyba lepiej niż wygląda w tych myślach. Serio... oczywiście, na tym się kończy bo w realu pewnie zaraz pójdę siedzieć za tą staruszkę no i moja beznadziejność nie pozwala mi pokonać ograniczeń. Żelazna logika, c'nie?

Jakoś strasznie przykro mi to pisać. Ale nie będę tego usuwać. Piszę to tylko dla siebie. A może jakieś trybiki od tego zaskoczą. Nie wiem.
Przykre jest też to, że pisząc co wyżej miałam przed oczami to jak w tej chwili źle widzę swoje ciało. Zbyt duży tyłek. Za grube uda. Za małe piersi... I za mało jędrny mózg. 

Myślałam, że dorosłość to akceptacja. To stan, w którym mniej się płacze, bo więcej się już rozumie. Bardziej się lubi. A ja? Bardziej doceniam zachody słońca. I lubię słuchać jak pada deszcz. Znajduję sobie więcej spokoju. I mniej płacze. Ale mózg świdruje myśl, że gdybym była lepszym człowiek to może by mnie bardziej lubili. A przecież dojrzałość to gotowość pójścia swoją drogą podejmując ryzyko, że będziemy nielubiani i nieakceptowani. Czy jednak te zachody słońca?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Upadek.

zanikanie